Ironman cz. 2: Walka z Morzem Karaibskim
- rafalslodownik
- Jun 1, 2025
- 8 min read
/ wyspa Cozumel, Meksyk, 11/2021 /

Na starcie
Powoli zaczyna robić się jasno. Słońce jeszcze nie zdążyło pokazać się zza widnokręgu, a do wody już wskoczyli pierwsi zawodnicy. Nie mogę się nadziwić: jak to możliwe, że słońce wstanie, minie poranek, południe, popołudnie, wieczór, słońce zajdzie, słowem: minie cały dzień, a mój „trening sportowy” jeszcze się nie skończy! I to tylko jeśli dobrze pójdzie…
Zmierzając na sam koniec kolejki mijam setki sportowców lepiej przygotowanych do startu ode mnie. Na część pływacką mieliśmy dokładnie 140 minut i kolejni zawodnicy byli ustawieni zgodnie z przewidywanym przez siebie czasem ukończenia pływania. „Mniej niż 60 min”, „60-70 min”, „70-80 min” itd. Mam na swoim koncie nie więcej niż 30 treningów pływackich w życiu, nigdy nie pływałem w morzu, a przez ostatnie 3 tygodnie wszedłem do wody zaledwie raz. Nie mogłem liczyć na zbyt wiele. Po minięciu niemalże wszystkich zawodników ustawiłem się grzecznie w strefie z napisem „powyżej 120min”.
I od razu jakby raźniej! Stojąc w grupie najsłabszych zawodników wyścigu zauważyłem, że jednak nie tylko ja nie mam na sobie triathlonowej pianki ani wyrzeźbionej sylwetki!
Wiele osób rozgrzewało się, rozciagało, nawet biegało drobnym truchtem. Patrzyłem na to i nie mogłem zrozumieć w jaki sposób miałoby im to pomóc podczas następnych 15 godzin walki, ale niech każdy robi co mu się podoba. Ja już byłem potwornie zniecierpliwiony, kolejka poruszała się bardzo wolno.
Gdzie jest Nemo?
Jakieś półtorej godziny po starcie wyścigu zbliżyłem się do wody na odległość kilku drewnianych desek. Szybka procedura: poprawienie okularów, maseczka do śmieci, pokrzepiający krzyk wolontariusza „go go go” i hop do wody!
A tam co? Prawie zderzyłem się z piękną, niebieską rybką Dory z „Gdzie jest nemo?”! Ależ to była chwila! Przez moment płynąłem głębiej pod wodę patrząc wielkimi oczami na najcudowniejszą rybkę jaką w życiu widziałem na wolności.

„Dobra, kurwa, co Ty robisz, wynurzaj się debilu” – pomyślałem i ruszyłem ku powierzchni.
Piękna była dosłownie „chwila”, bo wynurzając się, żeby złapać pierwszy oddech pierwszy raz nabrałem w usta słonej wody i bajkowy czar prysł. Ależ obrzydliwa! Chciałbym się zatrzymać i wypłukać usta, a zamiast tego przede mną dwie godziny ciągłego pływania.
Jednak przypominam sobie treningi i jedną prawidłowość, której zdążyłem się nauczyć: w wodzie zawsze najgorszy jest początek. Niezależnie od tego czy w założeniu miałem do przepłynięcia 10 basenów czy 80, zawsze najgorsze było pierwszych 5-6. Potem człowiek jakoś łapie rytm i leci, ale początek (przynajmniej dla mnie) to jakaś nieporadna przepychanka z wodą. Ale nigdy wcześniej nie przepychałem się ze słoną wodą. W dotyku prawie taka sama, ale w smaku jednak ciut za słona. I to nawet dla mnie, a ja zawsze solę ile wlezie. Tak więc mam na koncie jakieś 50m z 4 kilometrów i już zaczęła się walka o nie zrzyganie się. Ktoś by powiedział: no to się zrzygasz i płyniesz dalej, wielkie mecyje. No właśnie nie do końca, bo wydaje mi się, że musiałbym się zatrzymać, żeby rzygać, a nie można. Jak się zatrzymasz i złapiesz za łódkę ratowniczą to koniec, nie ma kontynuowania.
Pewnie po jakichś 2 minutach wyścigu w moim żołądku rozpoczęło się bulgotanie grozy. Do tego stałe kołysanie przez fale tylko wzmagało nieprzyjemne odczucie. Kolejne wynurzenie: źle wymierzyłem oddech, wynurzam japę, żeby nabrać powietrza i kolejny chlust słonego świństwa do gardła. No nie, w takim tempie wypiję kilka litrów morskiej wody i nie ma opcji, że się nie zrzygam! Muszę coś na to zaradzić.
Od tej pory zacząłem wynurzać całą głowę podczas każdego oddechu, żeby tylko nie łykać wody. Wyglądało to jak mix kraula z żabką, ponieważ ręce i nogi pracowały jak przy kraulu, a głowę wynurzałem tak wysoko, że z zewnątrz mogłoby wyglądać jakbym płynął żabką. Marcin uczył, że mam tylko przekręcić lekko głowę i wynurzyć same usta, żeby nabrać powietrza i nie tracić pędu przez wyciąganie całej głowy. Niestety, na zawodach takich jak te weryfikacja załozeń ma miejsce na każdym kroku. Zacząłem wynurzać calutką głowę razem z szyją przez co tempo dramatycznie spadło, rytmu zero, męczę się 2 razy bardziej, ale czuję, że to jedyna droga, żeby nie pić morskiej wody. Pokrzepiony nie zrzyganiem się przez pierwsze 15-20 min zacząłem wyobrażać sobie zwycięstwo. Płynę, pokonałem bulgotanie, mam za sobą początek, który zawsze jest najgorszy, więc teraz musi być lepiej.
Skurcz
Ale nie tak łatwo, dalsze przygody czekały tuż za rogiem. Nie przepłynąłem pewnie nawet kilometra, gdy złapał mnie pierwszy skurcz w łydkę.
Ale jak to?! – pomyślałem - Przecież to dopiero początek, przecież jeszcze nie zdążyłem się zmęczyć! Przecież nie łapały mnie skurcze na basenie! O co chodzi, co się dzieje?! – mieszanka strachu i wściekłości na moment zawróciła mi w głowie.
Jednak po chwili na ratunek przyszła mi moja wierna przyjaciółka – adrenalina. Żyły miałem nią wypełnione po brzegi i ku mojemu zdziwieniu, moje kolejne myśli wyglądały mniej więcej tak:
„Przecież ja nadal płynę… Boli noga, nie mogę nią wiosłować, ale jakoś płynę dalej. No tak, na treningach robiłem ćwiczenia, w których musiałem używać samych nóg albo samych rąk, więc jakim problemem jest zaledwie jedna noga mniej? Żadnym! Mam dwie nogi i dwie ręce, to przynajmniej po jednej nodze i ręce w nadmiarze, żeby płynąć!”
I tak, lewa noga spokojnie się prostuje, niespiesznie, na ile może, a reszta ciała robi robotę.
Od startu minęło kawałek czasu, ale do dziś pamiętam jakie to było genialne uczucie. Czułem, że nie zatrzyma mnie nic. Dopóki głowa jest na miejscu to wystarczą mi dwie kończyny, żeby płynąć, a co dopiero 3 czy 4?! Właściwie co to był za luksus posługiwać się wszystkimi rękami i nogami. Po tylu przejściach, żeby się tu znaleźć czułem, że mam w sobie tyle emocji i adrenaliny, że mógłbym tak płynąć cały dzień. Jeśli przez jakąś część tych zawodów czułem się Ironmanem to właśnie w tej chwili (spoiler alert: chyba tylko w tej chwili).
Po paru minutach ból ustąpił i na nowo, z każdą chwilą, łapałem lepszy rytm.
Jak te delfiny
Jest coś pięknego w płynięciu długiego dystansu w morzu, na zawodach. Płyniemy grupą, wynurzając się co kilka sekund jak te delfiny, a po bokach pilnują nas patrole na kajakach. Zamiast odliczania tych samych kafelków basenowych, pode mną ciągle coś się dzieje. Biorę głęboki oddech i płynę chwilę bez wynurzania, żeby choć trochę przyjrzeć się karaibskiej faunie. Oddaliliśmy się od brzegu już na tyle daleko, że od dna dzieliło mnie już pewnie ze 20 metrów przez co nie byłem w stanie rozpoznać małych, kolorowych rybek żerujących na jego dnie. Woda była jednak tak przejrzysta, że bez trudu mogłem dojrzeć wielką płaszczkę, która postanowiła eskortować nas z dołu. Ku mojemu zdziwieniu, na dnie zobaczyłem też stojących ludzi! Wynurzyłem się, żeby złapać potężny zapas powietrza po czym dałem kolejnego nura, żeby sprawdzić to dziwne zjawisko.

Okazało się, że co jakieś 50 metrów, na samym dnie, spokojnie stali nurkowie w płetwach, bacznie obserwując czy żaden z nas nie tonie. Ucieszyłem się jak małe dziecko widzące samolot i niezbyt rozsądnie zacząłem machać do najbliższego ratownika. Na szczeście nurek zrozumiał przekaz i odmachał zamiast ruszyć mi z pomocą.
Wróciłem na powierzchnię. Musiałem skorygować kurs, żeby nie wpłynąć komuś pod nogi lub samemu nie zostać stratowanym. Przez cały wyścig, co kilkadziesiąt sekund zerkam na zawodnika w żółtej piance po lewej. I co kilkadziesiąt sekund okazuje się, że płyniemy równiutko, 2-3 metry od siebie, identycznym tempem. Po prawej, odrobinę za mną płynie czarna pianka, a okołu 5 metrów przede mną jeszcze jedna. I tak, jak te delfiny, płyniemy sobie przed siebie, wykonując spokojnie, miarowe ruchy, a pod nami śmigają kolorowe rybki.

Lęk
W takich chwilach starałem się pobudzać, żeby za bardzo się nie zamyślić i nie zasnąć.
Niestety, miałem na swoim koncie tego typu przygodę podczas przygotowań do zawodów. Płynąłem chyba 80-ty basen (pierwszy raz w życiu taką odległość) i tak bardzo ukołysał mnie rytm pływania, że poczułem się senny i na moment straciłem uwagę i pociemniało mi przed oczami. Coś jakbym zasypiał albo tracił przytomność. Zgasło mi światło i momentalnie spanikowałem. W ułamku sekundy wyskoczyłem z wody, chwyciłem za linę oddzielającą tory i trzymałem ją kurczowo, przerażony, że zaraz zemdleję i utonę. Wiele miesięcy później dowiedziałem się, że była to pierwsza w moim życiu sytuacja, w której przeżyłem „atak lęku” i niestety od tej pory mierzę się z tym cholerstwem regularnie.
Z czasem obawa przed atakiem lęku rośnie. Im dalej w las, tym ciało bardziej się przyzwyczaja do poziomej sylwetki, ruchów i płynie się coraz bardziej i bardziej komfortowo. Co 6 wymachów ręką, przy wynurzaniu na lewo (wynurzałem się co 3 wymachy, raz w prawo raz w lewo) obserwuję wielki hotel, który jeszcze niedawno wydawał się bardzo odległy, a teraz już go mijam. Czy zbliżam się do końca? Niestety, jakieś 15 minut później hotel był już daleko za mną, a końca nie widać. Mina trochę mi zrzedła, bo po cichu liczyłem, że ten hotel jest resortem, w którym czekają nasze rowery. Przed sobą widzę niekończące się pomarańczowe boje, które wyznaczały trasę. I tak płynę, starając się cieszyć tym, że płynę już długo (nie mam pojęcia ile, ale długo), nie zrzygałem się, płynę w 90% kraulem, a tylko w 10% żabką, więc raczej nie ma co się obawiać o tempo. Do tego przetrwałem bulgotanie w żołądku oraz skurcz. Nieważne ile zostało do końca, płynę już długo i dopłynę choćby nie wiem co.
Walka z prądem
Nagle patrzę, a gość z kajaka coś do mnie krzyczy. O co kaman? Wymachuje rękoma, żebym płynął bardziej w lewo. Okej, płynę. A on bliżej i macha dalej, o co mu chodzi? Przeszedłem do żabki, żeby lepiej go zrozumieć. Rozejrzałem się wokół i uświadomiłem sobie co się stało. Jednak te pomarańczowe boje były rozstawione dużo dalej niż trasa, a trasa właśnie się skończyła po mojej lewej i pływacy wychodzą z wody. Było to słodko gorzkie uczucie, bo choć widziałem, że od celu dzieli mnie maksymalnie 200 metrów to popełniłem najgorszy błąd przed którym przestrzegali Hiszpanie, których poznałem w hotelu: popłynąłem za daleko i teraz będę musiał wiosłować 2 razy mocniej, bo muszę pokonać ten odcinek pod prąd. Kompletnie o tym zapomniałem, za dużo było wrażeń w ostatnich dniach. I rzeczywiście, ostro siłuję się z wodą, a brzeg jakby wcale się nie przybliżał. Ignorując zupełnie założenie o oszczędzaniu sił na bieg zdecydowałem się dać z siebie wszystko, żeby jak najszybciej uporać się z prądem i mieć ten okropny fragment za sobą.
Mamy to!
I tak, po kilku minutach ostrej walki, z trudem łapiąc oddech wychodzę na brzeg, tętno pewnie w okolicach dwustu i myślę już tylko o tym czy wyrobiłem się w limicie czasu. Jeśli uprawiasz triathlon zastanawiasz się może w tej chwili: czemu nie miał zegarka do kontrolowania tempa, tętna itd? I tu kolejna ciekawostka: otóż, bateria w moim zegarku sportowym wytrzymuje ok 10-12 godzin, a zawody mogą trwać nawet 17… Dlatego uznałem, że zegarek bardziej przyda mi się podczas morderczej walki z czasem na rowerze i kawałku biegu, więc czekał na mnie w strefie zmian. Z tego powodu pytam wolontariusza:
- Jaki czas? Zdążyłem?
Niby czułem, że zdążyłem, ale przecież nie mam pojęcia jakim tempem płynąłem, a do tego rzecz jasna przepłynąłem dłuższy dystans, bo w otwartym akwenie nie da się płynąć prosto tylko płynie się zygzakiem. Do tego dorzuciłem sobie na koniec ze 100 metrów w złą stronę, a następnie 100 metrów pod prąd. Biorąc to wszystko pod uwagę, zamiast planowanych 3800m przepłynąłem pewnie coś ok 4500m.
- yes yes, you’re fine, go go go! – usłyszałem.
Ale jazda! Jestem w pełni zdrów, zdążyłem w limicie i mam morze za sobą! Ale i tak najważniejsze, że wychodzę z wody żywy. Zdecydowana większość przypadków zgonów na zawodach Ironman ma miejsce właśnie w wodzie, a ja ze swoją słabą formą, brakiem treningów, zaburzeniami lękowymi i zmęczeniem spotęgowanym jetlagiem byłem zdecydowanie w grupie ryzyka. A teraz już tylko marne 180km na rowerze i maraton, jazda!
Ciąg dalszy nastąpi.




Comments