top of page

Ironman cz. 1: Dzień Startu

  • rafalslodownik
  • Apr 25, 2025
  • 9 min read

Updated: May 4, 2025

/ wyspa Cozumel, Meksyk, 11/2020 /


O 4:30 zadzwonił budzik. Zerwałem się na równe nogi uświadamiając sobie, że nie zaspałem! Tyle było przeciwności po drodze! Nie mogę uwierzyć, że zaraz startuję w zawodach Ironman!



Jak do tego doszło


Jak znalazłem się na wyspie Cozumel? Należy się parę słów wyjaśnienia, bo to mocno pokręcona historia:


W lutym przeczytałem książkę Davida Gogginsa – prawdziwego „sportowego świra” i pomyślałem:

Też chcę zrobić coś szalonego!

Po chwili przyszła kolejna myśl, która miała zdeterminować moje życie na kolejnych 8 miesięcy:

Może Ironman?! 3,8km pływania, następnie 180km na rowerze, a potem 42km biegu, a to wszystko w maksymalnie 17 godzin. Haha, to zdecydowanie chore, podoba mi się!

Niewiele myśląc, dzień później zapisałem się na zawody w Portugalii, które miały odbyć się na jesieni.


Na tym polegał cały sukces: zapisać się zanim gadzi mózg wymyśli miliard powodów, dla których nie powinienem tego robić. A było ich całkiem sporo, np:


• żaden ze mnie pływak – jak pływam to tylko żabką, raz do roku

• żaden ze mnie rowerzysta – z rowerem miałem tylko tyle styczności, że sporadycznie jeździłem nim 10 min do szkoły w gimnazjum

• żaden ze mnie biegacz – w życiu biegałem tylko przez pół roku, 8 lat temu, gdy w podobnym, szalonym trybie postanowiłem przebiec maraton w zaledwie 6 miesięcy treningów. Od tamtej pory nie biegałem praktycznie wcale

• mój tryb życia to dramat – unikam gotowania, żywię się głównie fasfoodami, zdarza mi się napić, nie wyspać, przepracować, napchać słodyczami itd. – wszystko co składa się na niezdrowy tryb życia można znaleźć w mojej codziennej rutynie


Wisienką na torcie było to, że nigdy nie pływałem w jeziorze czy morzu, nie mówiąc już o oceanie, a najczęstszą przyczyną śmierci podczas zawodów Ironman nie jest wcale przemęczenie, a po prostu utonięcie.


Kolejne problemy nie dały długo na siebie czekać. Zaledwie po trzech lekcjach nauki kraula przyszła pandemia i zamknięto baseny na całe 3 miesiące. Następnie zakazano wychodzenia z domu, więc skutecznie zostałem odcięty od treningów. Gdy w końcu otwarto baseny „jedynie dla sportowców” i potrenowałem w końcu kilka miesięcy, dostałem wiadomość, że… moje zawody zostały odwołane.


Po kilku dniach załamania i rezygnacji, przyszło mi do głowy, że może gdzieś na świecie są inne zawody Ironman, których nie odwołają. Byłem tym bardziej zmotywowany, że nie uśmiechało mi się kolejne pół roku trenowania w zimie, żeby dopiąc swego dopiero na wiosnę. W kalendarzu na ten rok widniały jeszcze dwa starty: Ironman Arizona w Stanach oraz Ironman Cozumel w Meksyku. Podróże do Stanów były zakazane przez pandemię, więc padło na Meksyk i wznowiłem treningi. Trzy tygodnie później okazało się, że zawody w Arizonie również zostały odwołane, więc byłem zapisany na jedyne zawody Ironman na świecie jakie miały odbyć się w tym roku!


Pomimo obstawienia właściwego konia, przeciwności losu nie dawały za wygraną. Na miesiąc przed moim wylotem premier ogłosił, że w wyniku powiększającej się liczby zakażeń najprawdopodobniej czeka nas totalny lockdown uniemożliwiający wyloty z kraju. Uwierzyłem i zacząłem odpuszczać treningi, każdy pretekst jest dobry, nie?


Gdy lockdown nie nadchodził, a dla mnie pojawiało się zielone światło do wylotu, okazało się, że z przyczyn zawodowych nie jestem w stanie opuścić pracy na planowane 3 tygodnie (2 tygodnie na aklimatyzację i treningi + tydzień na start i odpoczynek po) i odwołałem całą akcję. Loty przepadły, rzuciłem treningi i posmutniałem. Walczyłem długo, ale przeciwności było zbyt wiele, nie mogłem mieć do siebie żadnych pretensji.


W końcu, na 7 dni przed startem, leżałem w łóżku nie mogąc zasnąć i myślałem:

Za równy tydzień zawody w Meksyku, szkoda…

Za chwilę przyszła mi do głowy dziwna myśl:

A co by było gdybym poleciał tylko „tam i z powrotem”, bez treningów, bez aklimatyzacji, bez odpoczynku? Spędził 60h w podróży, zrobił Ironmana, odleżał jeden dzień i wrócił? Haha ale to byłaby historia!

Jak to u mnie zwykle bywa - jedna, głupia, szalona myśl spowodowała wytrysk adrenaliny do krwioobiegu i już wiedziałem, że nie ma odwrotu.

Hahaha robię to! Ale jaja, robię to!!!

Następnego dnia (poniedziałek) wykupiłem loty, a we środę wyleciałem do Frankfurtu, gdzie przenocowałem w hotelu, żeby we czwartek wylecieć do Cancun w Meksyku. Z Cancun pojechałem autobusem do Playa del Carmen, skąd miałem promem dostać się na wyspę Cozumel. Gdy dotarłem na miejsce, po ok. 40 godzinach podróży, okazało się, że jest sztorm i wyspa jest odcięta od świata.


„Nie, nie, nie, to nie może się dziać!” – pomyślałem. Przebyłem 10 tysięcy kilometrów, jestem 20km od celu i siedzę bezradny w nadmorskiej knajpie patrząc na szalejące fale. Od kelnera dowiedziałem się, że na Karaibach szaleje huragan „Lota” i nie wiadomo kiedy rejsy zostaną wznowione.


Zmęczony, załamany, nie wiedząc co dalej, zakwaterowałem się w pokoju hotelowym na pobliskiej ulicy. Ku mojemu zniesmaczeniu, gdy kładłem się spać dotarło do mnie, że po sąsiedzku jest klub nocny i ściany mojego pokoju trzęsą się od basów i hałasów. Na szczęście byłem śmiertelnie zmęczony i pomimo niesprzyjających warunków, spałem jak zabity.


Wcześnie rano obudził mnie pierwszy w życiu jet lag. Ciekawy okolicy i warunków atmosferycznych wyszedłem pobiegać, żeby na własnej skórze poczuć karaibską wilgotność powietrza. Spotkałem innego biegacza, który również miał nadzieję wziąć udział w zawodach, od którego dowiedziałem się, że promy nadal nie pływają, ale na wyspę latają 4-osobowe awionetki. Pobiegłem do hotelu po rzeczy, spakowałem się w 5 min i dorzuciłem kolejne 20 min biegu z tobołami na pobliskie lotnisko, gdzie czekało ok 200 przyszłych/niedoszłych Ironmanów. Od przemiłego, wąsatego Meksykanina dowiedziałem się, że awionetki mogą przetransportować maksymalnie 50 osób w jeden dzień. Szybka matematyka: ¾ otaczajacych mnie zawodników nie doleci na czas. Robi się gorąco.


Głowiąc się co począć poznałem parę osób, które miały podobny problem. Zawodników: Lee – Walijczyka, który był zawodowcem i przyjechał walczyć o złoto, Jeffa, który był prawdziwym pasjonatem triathlonu i brał udział w swoich 12-stych zawodach oraz jego uroczą żonę Beth, która przyjechała mu kibicować.


Jeff oznajmił nam, że oprócz promów pasażerskich, na wyspę Cozumel pływają również większe promy dla samochodów i ciężarówek, które są bardziej odporne na fale, dzięki czemu jest większa szansa, że wypłyną jeśli sztorm trochę się uspokoi. Po krótkiej naradzie zaryzykowaliśmy i całą czwórką wsiedliśmy do taksówki, którą mieliśmy nadzieję dostać się na prom.



Gdy dojechaliśmy na miejsce (o 8:30 rano) okazało się, że czeka tam już ok 150 samochodów i ciężarówek i nawet jeśli prom popłynie to nie ma pewności ze uda nam się dzisiaj dotrzeć.


Udało się, po zaledwie 9 godzinach w taksówce i dwóch na promie.



Tym sposobem, po 62 godzinach podróży, śmiertelnie zmęczony dotarłem na wyspę Cozumel na jakieś 35h przed startem. Gość z wypożyczalni rowerów już na mnie czekał, ale mój rower, choć ładny i w ogóle, był dwa rozmiary za mały. Dwa rozmiary! A muszę na nim przejechać 180km, podczas gdy na swoim własnym przejechałem najwiecej 75 km na treningu.



O treningach na wyspie już nie mogło by mowy, bo cała sobota zeszła mi na: ogarnięciu okularów (bo swoje zostawiłem w taksówce), kupieniu czapki (bo upał), kupieniu dodatkowej sakwy na jedzenie na rower (bo zapomniałem), kupieniu soli do uzupełniania elektrolitów (bo nie pomyślałem), odebraniu pakietu startowego, przygotowaniu torby ze sprzętem na strefę T1 (startu), torby na strefę zmian T2 (z pływania na rower, która była 4km dalej), torby na strefę zmian T3 (z roweru na bieg) oraz dodatkowych toreb „special needs” na wypadek naglących potrzeb na trasie rowerowej oraz biegowej.



W skromnym hotelu, równocześnie ze mną mieszkało trzech gości: Thomas z Danii (6-krotny Ironman) oraz dwóch Hiszpanów: Carlos (10-krotny) i Fernando (3-krotny). Wszyscy trzej brali udział w zawodach i zdążyli się zaprzyjaźnić w trakcie tygodnia spędzonego na wyspie w ramach przygotowań i aklimatyzacji. Gdy wszedłem na spóźnione śniadanie, a goście zobaczyli moje podkrążone oczy i sfatygowaną sylwetkę, byli pewni, że żartuję, gdy powiedziałem, że przyjechałem na zawody.


- Będziesz komuś kibicował, tak? – dopytywał Carlos.

- Nie, biorę udział – zaprzeczyłem nieśmiało, uświadamiając sobie, że „Ironmani” nie wierzą w mój start.

- Chyba żartujesz… ile zawodów Ironman masz na koncie?

- Zero, prawdę mówiąc nigdy nie brałem udziału w zawodach triathlonowych – zaśmiałem się.

- Hahaha co za gość! Ty jesteś Forrest Gump! – śmiali się wszyscy, a ja zostałem członkiem grupy.


Dzień startu


I tak, niecałe 20 godzin później, o 4:40, stoję w łazience w bokserkach w palmy, myję zęby i śmieję się do lustra. Jestem już tak blisko, tak bliziutko startu! W głowie mam pierwszy w życiu jet lag, a w żyłach rzekę adrenaliny.


Nienawidzę śniadań, ale tego ranka czułem, że wyścig już się zaczął. Pierwsza stacja – bułka z dżemem. Pewnie było to beznadziejne śniadanie przed zawodami, ale i tak byłem z siebie dumny, że wcisnąłem w siebie nawet to. Spaceruję po pokoju marząc o tym, żeby się wypróżnić (żeby nie nieść ze sobą niepotrzebnego balastu), ale nic z tego – żołądek i jelita były zbyt przejęte startem, żeby wykonywać swoją pracę. Przymierzyłem czepek i okulary. Dotarło do mnie, że przez to, że przyjechałem tak późno i nie zrobiłem żadnego treningu w wodzie, nie mam nawet pojęcia czy okulary, które pożyczyłem od Marcina (mojego trenera od pływania) w ogóle pasują do moich oczodołów. Założyłem, „chyba jest okej” i nagle poczułem zastrzyk energii: „ROBIĘ IRONMANA!”. Cyknąłem groźne selfie w okularach i czepku i poczułem się super szalony i szczęśliwy.



Dzień startu różni się wszystkim od każdego dnia przygotowań. Ani przez moment nie myślę o tym, że jestem zmęczony, słabo przygotowany czy o tym jak ciężki dzień przede mną. Jestem tak podekscytowany, że chcę śmiać się i krzyczeć jednocześnie. Jestem totalnie naćpany chwilą. Za chwilę chce mi się płakać ze wzruszenia, że jestem tu, ze to już dziś, że to naprawdę się dzieje.


Ok. 5:00 nasza czwórka spakowała się do wspólnej taksówki, żeby dotrzeć na strefę T1. Jest jeszcze noc, a my zamiast wyspać się porządnie przed jednym z najcięższych (a w moim przypadku najcięższym) dni w życiu i skupić na starcie musimy jechać kilka kilometrów dalej, żeby: dopompować koła w rowerze (ale nie za mocno, żeby nie wybuchły na słońcu), napełnić bidony, zapakować do sakiewek rowerowych: żele energetyczne, pastylki glukozowe, sól, zapasowe dętki itd. Biegam w kółko między rowerem, a innymi Ironmanami pytając co mam robić.


- Dopompować koła? A tak, dzięki! - sprawdzić przerzutki? Dobra!


Stresik zaczyna się udzielać, bo wiem, że tylko ja jestem odpowiedzialny za swój sprzęt, a u mnie z odpowiedzialnością mocno na bakier. Zawsze wychodzę z założenia, że „jakoś to będzie”, że nie ma co przesadzać. Ale teraz boję się bardzo. Problem polega na tym, że na Ironmanie nikt nie może ci pomagać z rowerem w trakcie startu, więc jeśli coś mi się zepsuje to mój problem. Właśnie! Całe 8 miesięcy miałem w planie próbną wymianę dętki w rowerze i oczywiście tego nie zrobiłem. Przez 8 miesięcy nie znalazłem durnych 10 minut na naukę tej prostej czynności i teraz cały dzień będę się stresował. Do tego właśnie uświadomiłem sobie, że przecież nie mam pompki... Nieważne, jakoś to będzie.


Oczywiście jestem jedynym żółtodziobem, który nie ma stroju triathlonowego, więc przede mną kolejne przeciwności. Strój triathlonowy charakteryzuje się tym, że płynie się już w gaciach rowerowych, które potem świetnie wysychają, nie obcierają itd., więc można bez niepotrzebnej straty czasu kontynuować walkę na rowerze i biegu zmieniając jedynie buty. Nie kupiłem stroju, więc płynąłem w kąpielówkach, które potem musiałem zamienić na gacie rowerowe i tenisową koszulkę, które z kolei potem musiałem zamienić na spodenki i kolejną koszulkę. Ale jak się przebrać z kąpielówek w strefie pełnej zawodników? Zasady ironmana nie pozwalają paradować nago, więc miałem ze sobą starą spódnicę w panterkę od Mamy, która umożliwiła mi przebranie.


Po dopieszczeniu strefy T1 udaliśmy się wagonem autobusów na start wyścigu. Nigdy nie zapomnę (a przynajmniej mam taką nadzieję) uczucia, gdy jeszcze pod osłoną nocy maszerowaliśmy w stronę morza, w totalnej ciszy. Miałem wrażenie, że wszyscy, tak jak ja, mają serce w gardle. Nikt nic nie mówił, wszyscy skoncentrowani lub przerażeni, każdy przejęty. Thomas, który widocznie czuł to samo, odwrócił się do mnie i powiedział:

„Zapamiętaj dobrze tę chwilę. Dziś staniesz się Ironmanem."

Odpowiedziałem tylko nieśmiałym uśmiechem, nie miałem słów. Ale chwilę zapamiętałem. Miałem też pewne obawy. Czułem, że nie do końca tu pasuję. Wszyscy wydawali się tacy profesjonalni w swoich strojach i wyżyłowanych ciałach, a ja szedłem w samych kąpielówkach, bynajmniej nie wyrzeźbiony po 3 tygodniach bez treningów, za to z solidną dawką jedzenia, okraszoną kilkoma popojkami. Czułem się jak turysta, który pomylił resorty i zamiast iść na plażę wypić kolejne piwko maszeruje niechcący na strefę startu wyścigu dla sportowców. "Co ja tu w ogóle robię?" - raz po raz, jak czkawka odbijało się w mojej głowie.


Pierwszy raz wyleciałem poza Europę, pierwszy raz mam jet lag, pierwszy raz czuję na sobie duszącą wilgotność meksykańskiego powietrza, za chwilę pierwszy raz będę płynął w morzu, biorąc udział w swoim pierwszym triathlonie, który na domiar złego jest jednym z najcięższych.


Jednak powoli, do świadomości przebijało się moje ulubione uczucie: co jeśli, mimo tych wszystkich przeciwności, uda mi się ukończyć zawody? Wszystkie te rzeczy sprawią tylko, że sukces będzie smakował jeszcze lepiej. Ah jaki on będzie pyszny! A najpyszniejsze będzie zdecydowanie to, że więcej już nie wyjdę na trening przygotowujący do Ironmana.


Ale jeszcze się nie ciesz, jeszcze ostatnie sprawdzenie temperatury. Podchodzę do pomiaru, zaraz dostanę zawału. Zielone! Nic mnie już nie zatrzyma, biorę udział! Czuję, że spadł mi z serca wielki kamień. Tyle było przeciwności, tyle miesięcy niepewności. A jednak jestem tu. Zaledwie 7 dni wcześniej leżałem w swoim łóżku w Mińsku Mazowieckim myśląc o kolejnym dniu pracy, a teraz stoję na starcie zawodów IM na wyspie Cozumel w Meksyku.


Życie jest nobelon.


Ciąg dalszy nastąpi…

 
 
 

Comments


bottom of page