Tey - najbardziej inspirujący człowiek jakiego spotkałem
- rafalslodownik
- Apr 26, 2025
- 8 min read
Updated: May 5, 2025
/ Malezja, Kuala Lumpur, 08/2022 /
Pierwszym prawdziwym bohaterem, którego chciałbym opisać na tym blogu jest Malezyjczyk pochodzenia chińskiego o imieniu Tey.

Gdy odświeżyłem profil couchsurfingowy i zobaczyłem, że właśnie ten gospodarz chce przyjąć mnie pod swój dach wyskoczyłem z krzesła na równe nogi.
Dlaczego?
Po pierwsze: miał ponad 100 opinii od podróżników, co oznaczało ni mniej ni więcej, że całkowicie za darmo gościł pod swoim dachem już ponad 100 gości z całego świata!
Po drugie: ukończył ponad 100 biegów maratońskich (42km) lub ultramaratońskich (więcej niż 42km), co oznaczało, że jest jednym z najbardziej zawziętych biegaczy na świecie.
Po trzecie: w każdy poniedziałek organizuje zbiórki jedzenia dla potrzebujących w centrum Kuala Lumpur.
Z Teyem umówiliśmy się na spotkanie pod jego blokiem, który wyglądał jak dziesiątki innych w chińskiej dzielnicy Kuala Lumpur. Po kilku minutach błądzenia, moim oczom ukazał się uśmiechnięty, wysportowany, około 50-letni człowiek w dziwnie dopasowanych klapkach do biegania i wiedziałem, że jestem w domu.

W skromnym mieszkaniu Teya, na środku salonu stała bieżnia. Gospodarz wytłumaczył mi, że potrzebuje bieżni, ponieważ postanowił, że będzie biegał codziennie, bo to dobre dla zdrowia. Chociaż parę kilometrów, ale absolutnie każdego dnia. Jak jest chory lub pogoda nie sprzyja wyjściu na dwór to biega na bieżni, w pozostałe dni na powietrzu. I tak, seria wybiegań bez przerwy trwa już ponad 700 dni!
Podekscytowany zapytałem czy mogę z nim jutro pobiegać (bo dziś już biegał), ale odparł, że pewnie będę spał, bo on idzie biegać przed wschodem słońca, żeby rano zdążyć do pracy. No nic, trzeba będzie wstać.
I tak, następnego ranka, o godz. 4:30 zameldowaliśmy się u podnóża wzgórza, które mieliśmy zdobyć, aby na szczycie podziwiać panoramę Kuala Lumpur w świetle wschodzącego słońca.
Tey zamontował na czole czołówkę, mnie wręczył drugą i ruszyliśmy ciemną, krętą drogą sporadycznie wymijani przez luksusowe samochody miejscowych bogaczy. Bo tylko takich stać na mieszkanie w otoczeniu zieleni, na skarpie, z przepięknym widokiem na centrum. Gdy dobiegliśmy na górę okazało się, że nie jesteśmy tam sami. Podziwialiśmy widok w otoczeniu statywów, aparatów i ich zapalonych do fotografowania właścicieli.
- Oni przychodzą tu prawie codziennie, żeby kilka razy w roku trafić na idealny moment do zrobienia zdjęcia – powiedział Tey.

I my cyknęliśmy kilka średniej jakości zdjęć pamiątkowych, a potem staliśmy i rozkoszowaliśmy się widokiem. Uznałem, że to wyborny moment, żeby zapytać Teya, czym jest jego szczęście.
Tey przybrał poważny wyraz twarzy i rzekł:
- Jestem szczęśliwy, gdy mogę pomóc ludziom – tylko to się liczy. Żyć tak, żeby swoim działaniem wnosić coś dobrego do społeczeństwa.
I mogę tutaj zapewnić, że Tey nie rzuca słów na wiatr. Nie miał lekkiego startu, jak sam mówi ze śmiechem: - kończąc szkołę podstawową stałem się najbardziej wykształconą osobą w całej rodzinie.
Nie przeszkodziło mu to w zostaniu dziennikarzem sportowym oraz poświęceniu swojego życia pomocy ludziom.
- Aż ciężko mi sobie wyobrazić, że ofiarowałeś nocleg już setce zupełnie obcych ludzi z całego świata, to niesamowite – zauważyłem.
- Myślę, że było tych ludzi kilkaset – hmmm - na pewno więcej niż dwieście - couchurfing to tylko część. Nie wiem jak z resztą świata, ale z pewnością jestem najczęściej odwiedzanym hostem w naszym kraju – powiedział ze śmiechem, a mi opadła szczęka.
Tey opowiedział mi historię, która miała miejsce w w najgorętszym okresie jego hostowania, gdy przekształcił swój salon na noclegownię i jednocześnie spało tam 5 osób na materacach.
Pośród nich znaleźli się m.in.: prawnik z Polski oraz szalona Amerykanka, którą określił „swoim najdziwniejszym couchsurfingowym doświadczeniem”, a oto dlaczego: nie chciała nosić ubrań. Paradowała nago i na prośby przerażonego Teya, żeby się ubrała, bo to nieładnie i sąsiedzi gadają jak widzą ją nago na balkonie, odparła, że jest wolną kobietą i nie będzie się zakrywać. Ale tego było mało, sąsiedzi donieśli, że ktoś od Teya załatwił się na podwórku, na widoku i okazało się, że nasza bohaterka nie zamierza używać toalety i wypróżnia się w oldschoolowym stylu. Gdy Tey pokazał jej jak działa prysznic również odmówiła współpracy i zamiast tego poszła szukać najbliższej rzeki. Śmiałem się jak Tey opowiadał, ale później zrobiło mi się żal, że ta wariatka narobiła tyle kłopotu temu złotemu człowiekowi. Tey nie był w stanie jej wyprosić (nie leży to w jego naturze), ale z pomocą przyszedł mu właśnie ww. prawnik z Polski, dzięki któremu Tey ma Polaków za inteligentów. Otóż, ten zmyślny jegomość porozmawiał sobie z Amerykanką i zasugerował jej, że Tey nie jest dobrym gospodarzem, bo narusza jej prywatność i ciągle się jej czepia, ingerując tym samym w jej unikalną osobowość i poczucie wolności. Wariatka zamyśliła się, pokiwała głową i tego samego dnia zniknęła z mieszkania.
Jednak prawdziwe perełki z życia mojego gospodarza miały dopiero nadejść:
Siedzieliśmy przy kolacji w skromnym, chińskim barze, gdy zagadnąłem Teya o zbiórki żywności. Pytałem na czym to polega, skąd pomysł?
- To była chwila. Stałem na przystanku, czekałem na autobus. Zobaczyłem człowieka, który grzebie w śmietniku. Gdy przyjrzałem się dokładniej, odkryłem, że ten człowiek wygrzebuje z tego śmietnika obrzydliwe resztki jedzenia i zjada łapczywie. W tamtej chwili coś we mnie pękło. Zacząłem płakać jak dziecko i obiecałem sobie, że będę pomagał takim ludziom.
– tutaj Tey urwał, wziął głęboki oddech, a jego oczy lekko zwilgotniały. Po chwili kontynuował:
- Sam niewiele miałem, więc nagotowałem warzyw, kupiłem kilka chlebów i rozdałem co miałem na ulicy. Od tamtej pory (minęło już parę lat), w każdy poniedziałek rozdaję ludziom jedzenie. W tej chwili przyłącza się do mnie wielu znajomych dając datki i w ten sposób na takie jedno rozdanie składa się, np. 50 lunchów z restauracji, 50 chlebów i 100 butelek wody. W najgorętszych okresach, gdy miałem więcej czasu oraz datków organizowałem takie zbiórki nawet co drugi dzień.
Jego wypowiedź wbiła mnie w fotel, miałem problem z dokończeniem jedzenia. Cały wieczór spędziłem huśtając się pomiędzy ekscytacją z poznania takiego człowieka, a smutkiem i bólem spowodawnym jego opowieścią.
Następnego dnia wróciliśmy na tematy sportowe i dowiedziałem się, że Tey oprócz udziału w setkach biegów jest też czynnym fotografem i dziennikarzem relacjonującym zawody sportowe dla chińskiej gazety w Malezji. Okazało się, że również czynnie dopinguje znajomych sportowców – amatorów. Tu cytat, którym absolutnie skradł moje serce:
- Wiesz Rafał, dla każdego biegacza udział w zawodach to wielki dzień. Zwykle na zawody jedzie z Tobą żona, brat, siostra czy znajomy. Ale jeśli nie ma nikogo kto mógłby Ci towarzyszyć, jeśli nie ma nikogo, żeby z Tobą jechać to wtedy jadę ja.
Pisząc te słowa, pierwszy raz od nie wiem kiedy zakręciła mi się łezka w oku. Skąd biorą się tacy ludzie?
Nie mogę powiedzieć, żeby czas spędzony z Teyem był najlepszym w moim życiu, a to z prostego powodu: Tey mówił z bardzo silnym chińskim akcentem i stale miałem problemy ze zrozumieniem jego wypowiedzi. Pomimo tego, jestem zmuszony przyznać mu tytuł człowieka, który wywarł na mnie największe wrażenie w całym moim życiu. Nie poznałem jeszcze osoby tak dobrej, bezinteresownej, a jednocześnie tak aktywnie działającej.
Gdy Tey usłyszał, że zakochuję się w badmintonie (narodowym sporcie Malezyjczyków) podarował mi rakietę i to nie byle jakiej jakości. Po moich próbach odparcia, a potem targowania się, że zapłacę albo chociaż oddam jak będę wyjeżdżał z Kuala Lumpur Tey odpowiedział:
- Nie oddawaj mi. Jeśli jej nie chcesz to oddaj komuś innemu, kto będzie jej potrzebował.
Targowanie się zostało zakończone. Zrozumiałem, że jedyne co mogę zrobić, żeby okazać wdzięczność Teyowi to zrobić coś dobrego dla innego człowieka.
Kilka dni później, gdy mieszkałem już u nowych znajomych w Kuala Lumpur – uroczej, Malezyjsko – Brytyjskiej pary: Belle i Laurence, odezwałem się do Teya z propozycją, że chciałbym pójść z nim na ulicę i ofiarować coś od siebie.
Tey wraz ze swoimi sponsorami zafundowali 50 burgerów, 50 słodkich bułek oraz 50 paczek maseczek. Ode mnie nie wymagał niczego, był szczęśliwy, że chcę wpaść mu pomóc, bo ogarnięcie samemu takiej akcji nie jest łatwe ze względu na chciwość ludzką i totalny brak dyscypliny na ulicy. Uparłem się, że muszę coś ofiarować, więc po zebraniu sugestii od Teya padło na 50 chlebów oraz 100 butelek wody.
Jak się okazało, nie byłem sam. Jak tylko Belle & Laurence dowiedzieli się gdzie idę zaofiarowali swoją pomoc i za chwilę całą trójką byliśmy się w sklepie. Podekscytowani, ruszyliśmy na spotkanie z Teyem i po chwili dostrzegłem go, zupełnie samego, ze swoim wózeczkiem i torbami pełnymi jedzenia.
Gdzie są ludzie? Kto to będzie jadł? Na co te wszystkie chleby? – pomyślałem.
Tey zaraz wyjaśnił, że rozdawać jedzenie będziemy tuż za rogiem, a czekał tutaj tylko po to, żeby pomóc nam przetransportować jedzenie z samochodu na miejsce zbiórki. Nawet w takiej chwili pomyślał jeszcze o nas, żeby nam było wygodniej.
Gdy w końcu wyłoniliśmy się zza rogu, naszym oczom ukazało się ok 70 osób ustawionych w kolejce i grzecznie czekających na swojego dobrodzieja.
W powietrzu unosił się okropny odór. Czekali głównie ludzie w podeszłym wieku, a młodsi (jak później wyjaśnił mi Tey) składali się głównie z narkomanów, alkoholików oraz włóczęgów, którym covid uniemożliwił wydostanie się z kraju.

Nie bardzo wiedziałem co począć z oczami. Chciałem przyglądać się tym ludziom, ale ogarniał mnie jakiś wstyd, że wiodę tak uprzywilejowane życie. Nawet wstyd za to, że jestem tutaj i wydaje mi się, że „robię coś dobrego”, a tak naprawdę jest to kropelka w morzu potrzeb. Nawet nie to. Jestem tutaj nie dla tych ludzi, a dla swojego doświadczenia. Nie wstałem z myślą o tym, że chcę pomagać ludziom, tylko z myślą, że chcę zobaczyć jak to jest pomagać ludziom w taki sposób jak Tey. Przywiodła mnie tu głównie ciekawość, a nie dobre serce. Oczywiście, chcę pomóc, ale nie to było główną przyczyną mojego tutaj przyjścia.
Takie myśli krążyły w mojej głowie, gdy zaczęliśmy rozdawanie. Ja z maseczkami byłem pierwszy, za mną Tey z burgerami i bułkami, dalej Belle z chlebem, a na końcu Laurence z wodą. Pierwszy człowiek nie miał na sobie koszulki, a oczy miał nieobecne. Następnie starsza Pani, której ręka trzęsła się tak, że nie mogła uchwycić maseczek. Potem kolejna Pani, która poprosiła o dwie paczki, żeby dać kilka maseczek rodzinie. Wiele z tych osób dziękowało po angielsku, malezyjsku, chińsku i po chwili moja nieśmiałość ustała, poczułem się lepiej i odpowiadałem w kółko „proszę bardzo”, „nie ma za co” itd.
Zdarzało się, że starsze panie pytały mnie skąd jestem, skąd jest reszta, ale nigdy te rozmowy nie trwały dłużej niż parę sekund, bo żądny darów tłum napierał nieubłaganie. Usłyszałem też trochę komplementów, że mam ładne włosy albo skórę, ale w Azji to norma, oni kochają białasów. Jednak tym razem słysząc komplementy czułem się wyjątkowo krępująco. Nie dość, że całe doświadczenie wywoływało we mnie mieszane uczucia, zdecydowanie więcej smutku niż radości, to jeszcze osobom w tak trudnej sytuacji muszę odpowiadać „dziękuję” na to, że ich zdaniem mam coś ładnego.
Gdy rozdaliśmy wszystko, staliśmy jeszcze kilka minut słuchając wyjaśnień Teya na temat tego jak to wszystko działa. A dokładniej, Laurence słuchał, a ja byłem tak rozbity całym wydarzeniem, że z chińsko-angielskiego Teya nie rozumiałem nic. Co chwilę podchodziła do nas nowa osoba z ulicy z wyciągniętymi rękami i była odprawiana słowami, że niestety już nic nie zostało. Co raz zaczepiał nas jeden okropnie pijany Hindus wykrzykując w naszym kierunku jakieś nieznane nam słowa. Próbowałem słuchać Teya, ale moja uwaga była skupiona raczej na wszystkim dookoła niż na jego słowach. Pijak rzucał śmieciami w narkomana. Narkoman w końcu wstał i wystraszył go, że zrobi z nim porządek. Starsze, głodne kobiety łapczywie pochłaniały burgery. Kobieta w średnim wieku oparta o ścianę czytała gazetę i łypała przeraźliwym wzrokiem na wszystkich dookoła. Przypomniał mi się John Nash z filmu „Piękny Umysł”, który podobnie łypał na boki wypatrując szpiegów. W końcu i ona oberwała śmieciem od pijaka, zrobiła jeszcze bardziej zniesmaczoną minę i wróciła do czytania.
Było mi zdecydowanie bardziej przykro z powodu tego, co tu zastałem niż radośnie z powodu dobrego uczynku. Gdy rozstaliśmy się z Teyem i wsiedliśmy do samochodu okazało się, że wszyscy czujemy się podobnie. Nikt się nie śmiał, nikt się nie cieszył z tego co robiliśmy. Wszyscy byliśmy pogrążeni w zadumie i niewesołych rozkminach. Dyskutowaliśmy na temat tego jak wygodnie żyjemy. Jak uważamy się za „dobrych ludzi”, a jednak nie robimy dla innych praktycznie nic.
Doszliśmy do konkluzji: powinniśmy przeznaczać jakąś część naszych zarobków na pomoc innym. Oczywiście milion razy myślałem, żeby to zrobić, ale jakoś zawsze inne rzeczy były pierwsze w kolejce przed tym. Np. jakiekolwiek rzeczy. Tak właśnie żyjemy. Wszystko dla siebie, dla innych nic. Rozmawialiśmy o Teyu, o tym, że sam ma tak mało, a jest w stanie tak dużo dać innym. Myślę, że nie my pierwsi zadaliśmy sobie pytanie: ale jak dużo pomagać? Może drobna pomoc to za mało? Czy to nie głupie? Czy to nie tylko dla naszego ego, żeby czuć się lepiej? Spodobało mi się, co na ten temat powiedział Laurence:
"Może cała sztuka polega na tym, żeby nie robić z tego wielkiego halo. Pomagać, po prostu, nie myśląc, że zbawia się świat.”
Taki właśnie był Tey.




Comments